Jak wygląda polska praktyka marketingu politycznego dzisiaj, gdy w cień odchodzą politycy, których skłonni bylibyśmy nazwać politykami?
Teoria
- jak to zazwyczaj bywa - czaruje mirażami wielkości. Nie sposób przecenić
znaczenia public relations, czy marketingu politycznego dla polityki, traktowanej
jako ciągła debata, jako szukanie kompromisów pomiędzy rozmaitymi ideami
i programami. Jak jednak wygląda polska praktyka marketingu politycznego
dzisiaj, gdy w cień odchodzą politycy, których skłonni bylibyśmy nazwać
"idealistami"?
Gdy
programy - niezależnie od ich wartości - coraz częściej odgrywają rolę
drugoplanowych argumentów w kampaniach politycznych?
"Idealiści"
nie cenili sobie zazwyczaj wysoko specjalistów od public relations, doradców
do spraw wizerunku. Pamiętajmy o rodowodzie pierwszego "pokolenia" polityków
niepodległej Rzeczypospolitej - o brodatych mężczyznach w swetrach, o ludziach
od dawna znanych z imienia i nazwiska całej Polsce, którzy nierzadko po
raz pierwszy ujawniali swe twarze w kampanii wyborczej Komitetu Obywatelskiego
w 1989 roku. Nieprzypadkowo przylgnęło do nich miano "etosowców".
Liczyły
się wartości, idee, a nie niemodna marynarka czy rozczochrana czupryna
(dopiero przed oficjalną wizytą w USA, jak wspomina Waldemar Kuczyński,
"udało się ostrzyc ministra Halla:). Jeśli więc doszukiwać się elementów
marketingu politycznego w pierwszych latach III RP, to raczej w dbałości
o werbalną stronę komunikatów. Choć i tu możliwość odwoływania się do nieobecnych
przez pół wieku symboli - jak przywołanie Boga w ostatnim zdaniu expose
premiera Tadeusza Mazowieckiego - często ułatwiała zadanie. W innej naturalnie
sytuacji znaleźli się postkomuniści - ci, zmuszeni do radykalnej zmiany
wizerunku swego ugrupowania, z sukcesem wykorzystywali strategie marketingu
politycznego.
Aby-wszyscy-mnie-lubili
Dziś
jednak, u progu trzeciego tysiąclecia, jesteśmy świadkami radykalnej zmiany
jakościowej polskiej - i nie tylko - klasy politycznej. Miejsce "idealistów"
coraz częściej zajmują technokraci, którzy niezwykle wysoko cenią sobie
- nierzadko makiaweliczną - skuteczność. Co za tym idzie, coraz więcej
pracy mają specjaliści od kreowania wizerunku i marketingu politycznego.
Często
cytowana jest opinia Ryszarda Kapuścińskiego, iż "do władzy dochodzi pokolenie
gładkich. Nie strategów, nie Cezarów, nie mędrców - gładkich. Nie zaciekłych,
nie ponuraków, nie ideowców, nie fanatyków - gładkich. Gładkich, zadbanych,
uprzejmych, zręcznych, przymilnych, dbających, aby-wszyscy-mnie-lubili"
("Lapidarium III").
Znaczące
jest tu użycie słowa "pokolenie", gdyż rzeczywiście zmiana w dużej części
wynika z różnic generacyjnych. Zapewne nie od rzeczy też będzie przypomnienie,
że to właśnie, gdy "gładcy" zapełniają polską scenę polityczną, ukuto termin
"TKM" (Teraz, K..., My), a socjologowie biją na alarm, odnajdując coraz
więcej śladów klientelizmu politycznego.
Czasami
jest za późno
Jak
zmiany te wpływają na rzeczywistość polskiego marketingu politycznego?
Politycy zaakceptowali już fakt, że osoba publiczna musi być "medialną",
aby jej przesłanie dotarło do odbiorcy i zostało zaakceptowane. Mimo, iż
marketing polityczny nie jest wiedzą tajemną, a dobrych pomysłów w tej
dziedzinie dostarczyć mogą osoby, które zawodowo się nim nie zajmują -
to Kazimierz Kutz, jak wieść niesie, jako pierwszy "uczył" Leszka Balcerowicza
uśmiechu - politycy przyjęli do wiadomości, że profesjonalni doradcy do
spraw wizerunku bardzo ułatwiają zadanie.
Pierwszą
chyba starannie zrealizowaną strategię obserwować mogliśmy, gdy w 1995
Jacques Seguela, od lat pracujący dla Francois Mitteranda, zajął się imageem
startującego w wyborach prezydenckich Aleksandra Kwaśniewskiego. Po raz
pierwszy Polacy zobaczyli gwałtownie odchudzającego się polityka, oszałamiającego
kobiety błękitem oczu i wspaniałą opalenizną.
Nic
dziwnego, że chwilę później mieliśmy już i krajowych ekspertów. Dziś wielu
polityków korzysta z ich usług, choć - co osobom zainteresowanym marketingiem
politycznym i public relations wyda się, i słusznie, kardynalnym błędem
- czynią to zazwyczaj jedynie przy specjalnych okazjach. Pracujący w obecnej
kampanii wyborczej dla Mariana Krzaklewskiego Piotr Tymochowicz przyznaje,
że na zmianę wizerunku lidera AWS było już za późno. Jednak nawet efekty
tej krótkiej współpracy obu panów mieliśmy okazję oglądać w spotach wyborczych
Krzaklewskiego - przewodniczący "Solidarności" zaczął wreszcie choćby właściwie
gestykulować. Można sądzić, że gdyby "obróbce" poddał się nieco wcześniej,
nie czyniłby tego w tak irytująco przesadny sposób.
Olechowski,
Kwaśniewski, Wałęsa
Wciąż
jednak osoby profesjonalnie zajmujące się kreowaniem wizerunku polityków
w naszym kraju policzyć można na palcach jednej ręki. Nadal też wielu polityków
uważa, że pomoc w zakresie marketingu politycznego nie jest im potrzebna.
W obecnej kampanii wyborczej najbardziej otwarcie do korzystania z takich
usług przyznawał się Andrzej Olechowski.
Komplementy
i chyba zbyt wielka pewność siebie sprawiły, że - według zapewnień Krzysztofa
Janika - sztab Aleksandra Kwaśniewskiego nie korzystał tym razem z rad
zawodowców. I zapewne dlatego zrozumiała chęć wzmocnienia jego wizerunku
jako kandydata nadzwyczaj kompetentnego sprawiła, iż telewidzowie w jednym
z jego programów wyborczych mogli obejrzeć dość zabawną i nadzwyczaj długą
scenę równomiernego potakiwania prezydentowi przez grono osób zebranych
za jego plecami.
Równie
trudno zrozumieć brak profesjonalizmu u tak doświadczonego polityka, jak
Lech Wałęsa, który straszył widzów swych telewizyjnych programów ramionami
marynarki, wznoszącymi się niewiele poniżej poziomu uszu siedzącego w fotelu
byłego prezydenta. A wystarczyłoby, żeby "przysiadł" on lekko materiał
marynarki, napinając go na plecach.
Butelka
po Coca-Coli
Czemu
pisząc o kreowaniu wizerunku polskich polityków, tyle miejsca poświęcam
jego wizualnym aspektom? Nie tylko dlatego, że - skoro myślimy cztery razy
szybciej niż mówimy - jedynie ok. 25 proc. komunikowanego przesłania stanowi
jego warstwa werbalna. Może jest to jedynie deprymujący wpływ obecnej kampanii
wyborczej, mam jednak wrażenie, iż coraz mniejszą wagę przywiązują oni
do innych, bardziej z meritum działalności publicznej związanych, problemów
komunikacji.
O
ile jeszcze kilka lat temu dowodem braku profesjonalizmu naszej klasy politycznej
było przyzwolenie na powyciągane dżinsowe "mundurki" czy łupież na kołnierzach
marynarek, o tyle dziś coraz bardziej palący staje się problem niekompetencji
komunikacyjnej polityków. Polscy politycy z jednej strony nie potrafią
mówić krótko i na temat, z drugiej zaś - nagminnie odmawiają jakichkolwiek
komentarzy na tematy "niewygodne". Nie widzą też różnicy pomiędzy pisaniem
"dla oka" a pisaniem "dla ucha". Nie potrafią też uzależnić swego sposobu
wypowiedzi od rodzaju odbiorcy, czego klinicznym wręcz przykładem jest
chociażby wielu polityków Unii Wolności, którzy mają kłopoty dotarciem
do ludzi o niższym poziomie wykształcenia.
Nadal
wielu z nich uważa media za swego głównego wroga, a wrażenie to potęgują
często doradcy do spraw mediów, rzecznicy prasowi, spośród których wielu
nadal za swe podstawowe zadania uważa uniemożliwienie dziennikarzom kontaktu
ze swymi szefami i dotarcia do jakichkolwiek informacji. Niemal pewne jest,
że "mur milczenia" wytworzy wokół siebie polityk, kiedy znajdzie się w
niezręcznej sytuacji. Jak pisze jeden z najlepszych znawców tematu, Gerald
S. Abramczyk, "istnieją dwa powody, dla których ludzie w polityce i w biznesie
dostają złą prasę - ignorancja lub arogancja".
Obserwujemy
więc niebezpieczne zachwianie proporcji, które staje się wręcz śmieszne,
gdy spotykamy niespełna 20-letniego "polityka", dla którego najważniejsze
są jego złote spinki do mankietów. Wówczas przypominają się cytowane wyżej
słowa Ryszarda Kapuścińskiego i nowego znaczenia nabiera spór, czy specjaliści
od marketingu mogą traktować polityka jak butelkę Coca-Coli. Przecież,
jeśli postępować będzie rozdarcie pomiędzy klasą polityczną a społeczeństwem,
jeśli politykę w jeszcze większym stopniu zdominują "gładcy", pod znakiem
zapytania stanie - paradoksalnie - sens marketingu politycznego. Czy bowiem
można człowiekowi, zniechęconemu do owej Coca-Coli, sprzedać pustą po niej
butelkę?
Autor zajmuje się marketingiem politycznym, brał udział w trzech kampaniach wyborczych