-
Tomasz
Kamyk
Sondaże
polityczne - Prawda czy fałsz?
-
Po
sycącej uczcie wyborczej instytutów badawczych pozostała niestrawność wywołana
pochłonięciem nadmiaru sondażowych wyników. Były kosztowne, często niesmaczne
i pewnie niejednemu zaszkodziły. Gdyby to samo spotkało nas w restauracji
z pewnością byśmy ją omijali szerokim łukiem
-
Czy
V władza przeszkadza?
czyli
dlaczego sonadażownie zbłądziły
-
Dlaczego
zatem mamy przejść do porządku dziennego, kiedy zaserwowane wyborcze danie
jest niezgodne z opisem sondażowego menu?
Instytuty
badawcze nie mają interesu w nagłaśnianiu własnych wpadek - to jasne. Największe
media, które przez kilka miesięcy żywiły się i karmiły swoich odbiorców
ich wynikami także. Wydaje się, że firmy korzystające z usług instytutów
na zasadach komercyjnych powinny być najbardziej zainteresowane wyjaśnieniem
powodów tak licznych pomyłek. Przeszkodą może być niechęć osób decydujących
o zakupie. Są one zwykle pracownikami najemnymi odpowiedzialnymi przez
Zarządem i nie mają interesu przyznać się przed nim do złych decyzji...
-
Telefoniczne
czy losowo-adresowe
W
czasie przygotowywania tekstu otrzymałem od jednego z rozmówców "rekomendację"
zachowania ostrożności "w stawianiu tak odważnych tez". Jednak twierdzę,
że "dokonania" badawcze w okresie wyborów parlamentarnych i prezydenckich
2005 pozostawiają wiele do życzenia. Kilkunastoprocentowe odchylenia od
rzeczywistych preferencji wyborczych niektórzy nazywają po prostu kompromitacją.
I nie można tłumaczyć ich jedynie nieobliczalnością społeczeństwa. Zdania
są jednak podzielone.
-
Sondaże są rzetelne. Polski rynek badań prezentuje bardzo wysoki poziom,
nawet w porównaniu z rynkami światowymi. Poza tym badania są u nas są bardzo
tanie, jeśli nie za tanie - twierdzi Beata Narojczyk, z działu badań PTK
Centertel. No cóż, być może to sygnał do podniesienia cen usług... Ale
fakt, że wpadki miały miejsce potwierdzili sami przedstawiciele największych
firm badawczych, z którymi rozmawiałem. Dlatego trudno "tak odważnych tez"
nie stawiać. Nie dowiedziałem się także, co posłużyło do analizy porównawczej
polskich i światowych firm badawczych, zwłaszcza, że większość działających
na polskim rynku firm (także tych, z których usług korzysta PTK Centertel)
to firmy światowe.
-
Jestem
generalnie bardzo sceptyczny, co do badań deklaratywnych w Polsce i unikam
ich jak ognia. Wcale nie byłem zaskoczony finalnym wynikiem wyborów, które
tylko utwierdziły mnie w moim przekonaniu. - Paweł Gorczyca, marketing
manager w Carlsberg Polska S.A.
-
Duże
firmy badawcze stosują badania preferencji wyborczych w oparciu o dwie
metody: próbę losowo-adresową w domach respondentów oraz telefoniczną.
W obydwu wyłaniają wcześniej reprezentatywną grupę Polaków. Unikają metody
on-street, którą z powodzeniem stosują do badań marketingowych.
Podstawowy
zarzut w odniesieniu do metody telefonicznej dotyczy niespełnienia zalecenia
Europejskiego Stowarzyszenia Badaczy Rynku i Opinii, które mówi, aby nie
stosować jej w krajach, gdzie nasycenie telefonami nie przekracza 85-90
proc. Tymczasem w Polsce wynosi nieco ponad 70 proc. - Takie badanie zrobił
np. OBOP dla dziennika : "Fakt" na dwa dni przed pierwszą turą wyborów
prezydenckich i wynikało z nich, że Tusk dostanie 44 proc., a Kaczyński
32 proc. - mówi Marcin Palade, który nadzoruje sondaże społeczno-polityczne
w Polskiej Grupie Badawczej (PGB). Jak wiemy, rzeczywista różnica między
kandydatami wyniosła zaledwie trzy punkty procentowe.
Błąd
w tym przypadku mógł wynikać z nadreprezentacji w badaniach telefonicznych
elektoratu liberalnego Tuska i PO. - Zdaję sobie sprawę z niskiej skuteczności
badania metodą CATI w Polsce. Nie ma w nich odpowiedniej reprezentacji
osób z obszarów wiejskich i z małych miast, które w skali kraju stanowią
40 proc. społeczeństwa.
Sedno
stanowi różnica pomiędzy deklaracjami, a rzeczywistymi decyzjami. W przypadku
badań społeczno-politycznych wprowadzenie ich w życie sprowadza się do
oddania głosu na konkretnego kandydata, w przypadku badań marketingowych
spełnienie deklaracji zakupu wiąże się już z wydaniem określonej kwoty.
A to znacznie trudniejsze - uważa Jacek Mrozik, dyrektor marketingu Netii.
Wad
trudno uniknąć także w metodzie losowo-adresowej. W polskich warunkach
mamy do czynienia z dużą liczbą odmów odpowiedzi, przez co zmniejsza się
próba, a wynik opatrzony jest większym błędem. - Liczba odmów przy tej
metodzie kształtuje się na poziomie około 70 proc. W naszych ulicznych
badaniach wynosi od 12-15 proc. Konkurenci, aby osiągnąć ten efekt co my
musieliby wychodzić z próbą 2-3 tys. osób. W rzeczywistości mają od 500-600
precyzyjnych odpowiedzi - mówi Marcin Palade. Informacji o liczbie odmów
zaprzecza Łukasz Mazurkiewicz, prezes Zarządu OFBOR. Przekonuje, że odsetek
ludzi odmawiających wpuszczenia ankietera do domu wynosi około 10 proc.
Fakt,
że firmy badawcze operują na małych grupach respondentów potwierdza Urszula
Krassowska, lider Sektora Badań Społecznych i Politycznych OBOP. - Kilkanaście
procent respondentów mówi, że pójdzie na wybory, ale nie wie na kogo odda
głos. Jeśli wszyscy oni wprowadzą w życie swoją deklarację i pójdą zagłosować
tylko na jednego kandydata, to odwróci to wynik wyborów od sondaży. 40
proc. responentów od razu mówi, że nie pójdzie głosować. Z tysiąca zapytanych
zostaje więc 600 respondentów. A im mniejsza próba, tym większy błąd -
uważa Krassowska.
Według
Marcina Palade metoda losowo-adresowa jest najrzadziej stosowaną metodą
w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych.
Wyróżnikiem
PGB jest to, że dostarcza respondentom kartę z listą partii politycznych.
Nie zawiera ona zmiennej "jeszcze nie wiem". Firma wychodzi z założenia,
że na prawdziwej karcie do głosowania także nie będzie takiej zmiennej.
- Jeżeli sondaż ma być fotografią rzeczywistości, to trzeba sprawdzić,
jakie są rzeczywiste preferencje wyborców. Suma wskazań na poszczególne
komitety wyborcze musi wynosić 100 proc. - wyjaśnia Palade. Opcję "nie
wiem" wykorzystuje się jedynie do analiz. Próba jest zwiększona tak, aby
uzyskać minimum tysiąc osób, które po pierwsze wiedzą, że pójdą, a po drugie
wiedzą, na kogo będą głosować.
-
Ulica
najszczersza?
-
Wszystkie badania, jakie robiliśmy, z wyjątkiem jednego na zlecenie "Pulsu
Biznesu", wykonaliśmy metodą wywiadów bezpośrednich w domu respondenta.
Nie zgadzam się ze zdaniem, że pytanie na ulicy to metoda lepsza niż wywiad
telefoniczny - są ludzie, którzy nie wychodzą z domu. Interesuje mnie,
w jaki sposób Polska Grupa Badawcza dobiera próbę. Nie mówią o tym, tylko
podają gotowy wynik - mówi Tomasz Milczarczyk, z działu badań społeczno-politycznych
PBS. Dodajmy, że zwykle najbardziej precyzyjny, przez co nie dziwi zainteresowanie
metodologią PGB.
Mnie
także zainteresowała. Po pierwsze dlatego, że zdaniem konkurentów miała
być owiana tajemnicą, po drugie ze względu na udowodnioną precyzję. Mgiełka
tajemniczości szybko została rozwiana - metodologia jest dostępna na stronie
internetowej firmy. W skrócie wygląda następująco: losuje się około 25
punktów badawczych uwzględniających kryteria demograficzne. W metryczce
PGB stosuje się podział respondentów ze względu na wiek, płeć, wykształcenie
i miejsce zamieszkania. Dane muszą się pokrywać z danymi GUS. Jest to tzw.
dobór kwotowy - odpowiednia kwota części społeczeństwa jest w ten sposób
reprezentowana. W każdym z 25 wylosowanych przez komputer punktów ankieterzy
firmy pytają 40-50 osób.
-
Każde
badanie rynku czy preferencji wyborczych czy konsumenckich jest tylko pewnym
modelem teoretycznym - założeniem, które daje nam ogólny obraz, pokazuje
jakiś trend, ale nie jest stuprocentowym, odzwierciedleniem rzeczywistości.
Znamy wiele przypadków gruntownych badan związanych z launchem nowych produktów,
które po wprowadzeniu okazywały się klapą. Uważam, że firmy badawcze mają
najlepsze narzędzia i dobrze wyszkolone kadry, jednak ostateczna interpretacja
wyników zawsze jest w rękach zlecającego i dużo zależy od jego doświadczenia
i intuicji. - Grzegorz Podgórski, dyrektor ds. rynku telefonii komórkowej
Motorola
-
Okazuje
się, że choć wszyscy się mylą, jedni mylą się mniej i rzadziej, inni więcej
i częściej. Fakt, że wszystkie badania pokazywały właściwy trend nie oznacza,
że były metodologicznie doskonałe. Centrum im. Adama Smitha zanalizowało
stopień wiarygodności sondaży poprzez porównanie ich wyników z rzeczywistymi
wynikami wyborów. Analizowane dane dotyczą ostatnich wyborów do Sejmu,
pierwszej i drugiej tury wyborów prezydenckich. Dla każdego z głosowań
opracowano ranking firm badawczych szeregując je od najdokładniejszej do
najmniej dokładnej. Podobnie jak rok temu (wybory do Parlamentu Europejskiego),
pierwsze miejsce w rankingu firm badawczych zajęła Polska Grupa Badawcza.
- Nie zgadzamy się z tą ekspertyzą. Jest mało wiarygodna. Do porównania
dobrano wyniki sondaży przeprowadzanych w różnych dniach i różnymi metodami.
Bardziej cenne wydają nam się audyty, jakie mają miejsce w firmach zrzeszonych
w OFBOR - mówi Łukasz Mazurkiewicz. Według TNS OBOP, gdyby wobec wszystkich
firm badawczych wymienionych w tej analizie zastosowano jednolite kryteria
porównawcze OBOP byłby liderem badania. Zaprezentowane w raporcie wyniki
sondaży, przeprowadzonych przez firmę TNS OBOP jako jedyne pochodzą z badania
zrealizowanego metodą telefoniczną (CATI) - wyniki badań pozostałych ośrodków
badawczych powstały w oparciu o metodę Face to Face (PAPI). - Przeprowadzenie,
a następnie upublicznienie oceny, opartej o niejednolite kryteria porównawcze
jest błędne metodologicznie, a ponadto godzi w dobre imię TNS OBOP - komentuje
Mateusz Galica, dyrektor marketingu TNS OBOP.
21
listopada 2005 r. w Warszawie odbyła się konferencja prasowa OFBOR pt.:
"Czy sondaże przedwyborcze rzeczywiście były nietrafne?" Mazurkiewicz zwrócił
uwagę na trafność monitorowanych przez firmy badawcze trendów preferencji
wyborczych Polaków. - Patrząc na wyniki sondaży, wbrew temu, co się powszechnie
uważa, widzimy, że instytuty badawcze bardzo dobrze wywiązały się ze swojego
zadania - powiedział.
Powszechnie
uważa się, że badacze zbłądzili, a skoro zrobili to w branży społeczno-politycznej,
to można przypuszczać, że wyniki ich komercyjnych badań także są mało rzetelne.
Nawet, jeśli ktoś uważa, że płaci się za nie niewiele, to niska cena nie
usprawiedliwia porażek, których świadkami byliśmy. Na liście zasad etycznych,
których powinni przestrzegać członkowie OFBOR znajdują się np.: "badacze
rynku przestrzegają zasad etycznych i nie czynią niczego, co mogłoby naruszać
reputację badań rynku", czy "badacze rynku gwarantują, że przygotowane
projekty i podejmowane działania będą planowane, realizowane, raportowane
oraz dokumentowane rzetelnie, transparentnie, obiektywnie z zachowaniem
odpowiedniej jakości". Pytanie czy tak było w przypadku ostatnich wyborów
pozostawiam otwarte, choć częściowo odpowiada na nie przedstawicielka firmy
zrzeszonej w OFBOR-e. - Badania opinii społecznej są takim samym sprawdzianem
dla firmy badawczej, jak komercyjne badania rynkowe dotyczące np. preferencji
zakupu towaru. Tak jak wyniki pierwszych porównujemy do wyników wyborów,
tych drugich do realnej sprzedaży. Kiedy deklarowana wielkość zakupu rozmija
się ze sprzedażą - mamy sprawdzian - twierdzi Urszula Krassowska. Co ciekawe,
w przypadku badań społeczno-politycznych (dzięki mediom) mamy dostęp do
wyników sondaży większości firm badawczych, zaś wynik wyborczy daje nam
odpowiedź, kto był najbliżej. Marketer, który (tak jak PTK Centertel) korzysta
z jednego tylko źródła badań nie ma pewności, że badania innej firmy nie
byłyby dokładniejsze.
Kamyczek
do ogródka mediów
Rynek
badań politycznych jest bardzo dynamiczny. Społeczeństwo jest skomplikowanym
targetem. Deklaracje uczestnictwa w wyborach w określonym momencie czasowym
(wpływa na nie wiele czynników: kampania wyborcza, znajomi, opinia proboszcza,
debaty itp.) mogą się zmieniać w czasie. Wątpliwe jednak wydaje się, aby
preferencje tego targetu uległy diametralnej zmianie w ciągu dwóch dni.
Częścią
winy za tę sytuację firmy badawcze obarczają media, którym brak wiedzy
z zakresu badań. Dużo lepiej oceniają profesjonalizm po stronie klientów
komercyjnych. - Media często w zły sposób interpretują i prezentują wyniki,
nie podają np. liczby niezdecydowanych - mówi Krassowska. Potwierdza to
Polskie Towarzystwo Socjologiczne, które za podstawowe błędy po stronie
mediów uznało brak prezentacji pełnej metryczki badań, braku komentarza
metodologicznego i socjologicznego do wyników i braku odpowiednich prognoz.
Jednak współodpowiedzialność za tę sytuację ponoszą także firmy badawcze,
które w czasie trwania kampanii niezbyt wyraźnie zwracały na te błędy uwagę.
PTS znajduje także błędy metodologiczne poszczególnych ośrodków badania
opinii, jak choćby badanie telefoniczne na próbie 500 osób. "Niektóre ośrodki
badawcze wychodziły z roli obiektywnego badacza, czego konsekwencją było
obniżenie rzetelności i trafności pomiaru, a co najmniej w kilku przypadkach,
być może intencjonalnie, uczestniczyły de facto w kampanii wyborczej niektórych
kandydatów i partii" - czytamy w stanowisku PTS.
Według
Urszuli Krassowskiej nie bez znaczenia jest element tzw. "poprawności politycznej".
- Kandydat, który cieszy się lepszym wizerunkiem medialnym, ma poparcie
autorytetów, jest postrzegany jako kandydat ludzi wykształconych i mądrych.
Ma większą szansę na to, że otrzyma "poparcie" w sondażu, choć w rzeczywistości
respondent poprze tego drugiego, którego w sondażu "wstydził się" - mówi.
Błędy
po stronie mediów potwierdza także Tomasz Milczarczyk z działu badań społeczno-politycznych
PBS. - Jeśli aż kilkanaście procent badanych nie wie, na kogo chce zagłosować,
to może być tak, że cała, albo zdecydowana większość tych niezdecydowanych
w ostateczności zagłosuje na tego z mniejszym poparciem, co zmienia wynik
o 180 stopni. Ta kampania jest więc porażką i firm badawczych i mediów
- mówi Milczarczyk.
Firmy,
odpowiadając na zapotrzebowanie mediów, nie zajęły się ich edukowaniem,
a media biegnąc za szybkością informacji zapomniały zadbać chyba o drugą
cechę dobrej informacji - jej rzetelności. - Można było pokazać osobno
preferencje niezdecydowanych i zdecydowanych - to sposób, by tych wyników
nie wrzucać do jednego worka - mówi Maciej Siejewicz, kierownik działu
customer reasearch GfK Polonia.
Zastanawia
jednak fakt, że niektóre media nie publikowały badań PGB, pomimo faktu,
że firma prezentowała bardzo precyzyjne wyniki. Tak było w przypadku ostatniego
sondażu przed drugą turą wyborów prezydenckich. - PGB, jako pierwsza wykazała
przewagę Kaczyńskiego nad Tuskiem. Zastanawiają w tym kontekście komentarze
niektórych przedstawicieli świata mediów. Tomasz Lis w programie "Co z
tą Polską" z 15 września powiedział, iż "Lech Kaczyński zazwyczaj wygrywa
w sondażach PGB". W rzeczywistości spośród 28 pomiarów preferencji prezydenckich
prowadzonych od listopada 2003 roku przez PGB Lech Kaczyński był samodzielnym
liderem tylko w 10 z nich.
Z
kolei na łamach "Gazety Wyborczej" (6 czerwca 2005 roku) ukazał się artykuł
pt. "Giertych groził TVP", w którym znalazła się informacja, że na PGB
"nie powołują się poważne media, lecz jedynie prawicowe partie". W rzeczywistości
sondaże Polskiej Grupy Badawczej, a także firm wchodzących w jej skład
(OBW i Estymator) cytowane są od lat przez zdecydowaną większość mediów
w tym m.in. przez: "Super Express", "Fakt", "Trybunę", "Życie Warszawy",
"Politykę", "Przegląd", Wiadomości TVP, Fakty TVN, Wydarzenia Polsat, RMF
FM, Radio Zet, Radio TOK.FM, Polskie Radio, portale internetowe wp.pl i
interia.pl, a niekiedy także... przez samą "Gazetę Wyborczą".
O
braku profesjonalizmu świadczyć może także komentarz "Rzeczpospolitej"
do telefonicznego sondażu przeprowadzonego przez GfK w dniach 15-16 września
na 600-osobowej grupie respondentów. Donald Tusk otrzymał 51 procent głosów,
co według dziennika miało oznaczać, że zostanie prezydentem już po pierwszej
turze wyborów.
Drugie
miejsce zajął Lech Kaczyński (z poparciem 29 procent Polaków), co zdaniem
"Rzeczpospolitej" świadczyć miało o tym, że nie ma on już szans na dogonienie
lidera sondaży. "Na dodatek Kaczyński musi porządnie powalczyć, żeby w
ogóle doszło do drugiej tury wyborów prezydenckich" - komentowała gazeta.
Warto
w tym miejscu zastanowić się nad wartością telefonicznego sondażu na tak
małej próbie
-
Nie płaczemy, że "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita" nie cytują naszych
wyników, bo to jest problem ich czytelników, którzy od lat nie mają dostępu
do badań firmy, która myli się najmniej i najrzadziej - komentuje Palade.
Jest
zwolennikiem publicznej debaty w Telewizji Polskiej w gronie zainteresowanych
- firm i socjologów. Pomysł zasygnalizował szefostwu telewizji tuż po wyborach.
Pozytywnie nastawiony do tej koncepcji jest także prezes OFBOR. - Nie boimy
się publicznej debaty pod warunkiem, że jej animatorem nie będzie Pan Palade,
który dosyć ostro atakuje swoich konkurentów. Tylko szczególna łagodność
po ich stronie sprawia, że te zaczepki nie znajdują radykalnych działań
- mówi Łukasz Mazurkiewicz.
Według
Jacka Chołoniewskiego szefa Estymatora, także środowiska polityczne powinny
się tym zainteresować dla dobra całej branży i stworzyć coś w rodzaju Polskiego
Centrum Studiów Strategicznych.
Tymczasem
proponuję przeprowadzenie sondażu na reprezentatywnej grupie Polaków i
zadanie im pytania, czy ufają sondażom.. Tylko, kto teraz uwierzy jego
wynikowi
-
Nie
ulega wątpliwości, że dobrze przeprowadzone badania marketingowe są wiarygodnym
źródłem informacji. Pozwalają zredukować ryzyko podjęcia błędnej decyzji
i fakt iż pojawiła się kilkuprocentowa różnica pomiędzy sondażami, a wynikami
nie oznacza, że coś się w tej materii zmieniło. Należy uwzględnić fakt
dużej dynamiki zmian preferencji wyborczych w ostatnich dniach kampanii
oraz fakt iż frekwencja wyniosła mniej niż wynikało to z sondaży. W przypadku
badań marketingowych bardziej analizuje się długofalowe trendy niż różnice
na poziomie kilku procent. - Andrzej Kopleński, dyrektor ds. zarządzania
portfelem marek premium Kompanii Piwowarskiej.