W społeczeństwie informacyjnym ściskanie dłoni na wiecach wyborczych nie wystarczy do zdobycia mandatu parlamentarzysty czy fotela prezydenta. Dotarcie do ogólnokrajowego elektoratu wymaga pośrednictwa mediów, a najmłodsze z nich daje szansę na zindywidualizowanie przekazu i przekonanie nawet tych, których polityka nie interesuje i politykom nie ufają.
Wzorem
amerykańskich polityków nasi rodzimi kandydaci na prezydenta chętnie fotografują
się na tle adresów swoich internetowych witryn, a hasła o upowszechnieniu
dostępu do globalnej Sieci stały się bardzo modne w trwającej kampanii.
"Internet zmienia sposób komunikacji społecznej. Tysiące ludzi może się
bezpośrednio porozumiewać ze swoimi przedstawicielami" - zauważa profesor
Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Sieć
pozwala powiedzieć każdemu wyborcy dokładnie to, co ten chce usłyszeć,
ale też ułatwia kontakt z politykami. Likwiduje również problem zniekształcenia
przekazu politycznego w trakcie jego relacjonowania przez prasę, radio
czy telewizję. Łatwo dostrzec walory, jakie w oczach polityków ma Internet.
Zasadne jest więc pytanie: czy sami politycy nauczyli się wykorzystywać
Internet jako narzędzie do pozyskiwania elektoratu?
Chat z prezydentem
Punktem wyjścia działań marketingu politycznego w Internecie jest oczywiście serwer WWW - szybki, o atrakcyjnym, łatwym do zapamiętania adresie, wypełniony interesującą treścią. Umieszczony na nim przekaz polityczny ma większe szanse trafić do masowego odbiorcy niż taki, który jest rozpowszechniany tylko w czasie spotkań wyborczych. Ponadto tradycyjne media, jak prasa, radio czy telewizja, nie są zainteresowane obszernymi relacjami z wystąpień polityków, bo też i trudno sobie wyobrazić, by całe "Wiadomości" były w całości poświęcone temu, co kandydaci tego dnia powiedzieli. Witryna internetowa jest dostępna z każdego zakątka świata dwadzieścia cztery godziny na dobę. Może ją odwiedzić teoretycznie każdy wyborca, a praktycznie - każdy internauta.
Wszyscy
tegoroczni kandydaci na prezydenta - oprócz Bogdana Pawłowskiego - mają
swoje internetowe witryny. W większości oprócz zdjęć polityka i jego żony
serwis online zawiera życiorys, hasło, ważne wystąpienia, a zdarza się,
że i program. Czasami główną zawartość strony stanowi terminarz spotkań
wyborczych. Na stronach najpopularniejszych kandydatów jest on codziennie
aktualizowany. Na kilku witrynach znajdziemy też możliwość wsparcia kampanii
finansami bądź włas-ną pracą. Jan Łopuszański i Marian Krzaklewski mają
nawet swoje serwisy WAP.
Strona
ze stale aktualizowanym terminarzem spotkań, wywiadami i fragmentami artykułów
prasowych nie powinna być jedynym przejawem obecności polityka w Sieci.
Zaletą Internetu jest wszak interakcyjność. Żeby się spotkać ze swoim elektoratem,
polityk nie musi przemierzać Polski wszerz i wzdłuż, a i jego elektorat
w ogóle nie potrzebuje w tym samym celu wychodzić z domu. Na zwołanej w
Internecie konferencji liczby miejsc nie ogranicza wielkość wynajętej sali.
W Sieci z kandydatem na prezydenta porozmawiać może praktycznie każdy.
Nie ma już konieczności opierania się wyłącznie na relacjach dziennikarzy.
Zadaj swojemu kandydatowi pytanie, a - jeśli moderator je zatwierdzi -
otrzymasz na nie odpowiedź!
Polscy
politycy ostrożnie korzystają z tej możliwości. Konferencje online są urządzane
przez ich własne sztaby wyborcze lub przez wyspecjalizowane serwisy, np.
Onet lub Wprost. Co ciekawe, frekwencja na tych spotkaniach nie zapycha
serwerów. Czy polscy internauci nie są zainteresowani polityką w ogóle
czy tylko politykami?
Podobną
funkcję do konferencji online może również spełniać e-mail. O ile jednak
w warunkach chatowej konferencji brak często miejsca na obszerne odpowiedzi
- a może się też zdarzyć, że nie każdy zdoła zadać swoje pytanie, jeśli
uczestników konferencji jest zbyt wielu - o tyle e-mail umożliwia staranniejszą
i bardziej zindywidualizowaną wymianę opinii między kandydatem a wyborcą.
Na każdej stronie znajdziemy adres poczty elektronicznej, pod który - jak
oświadczają twórcy stron - można skierować pytania do kandydata. Jako zwykły
wyborca wysłałem pytanie do sztabów wyborczych kilkunastu kandydatów. Rezultat?
Po ponad tygodniu odpowiedź przyszła jedynie ze sztabu Tadeusza Wileckiego,
a po następnych dwóch tygodniach od Jarosława Kalinowskiego. Pozostali
milczą do dziś. Czy sztaby wyborcze nie potrafią obsługiwać programu pocztowego?
Internet
sprawdza się również w sytuacjach kryzysowych. Gdy wybucha skandal lub
sytuacja wymaga szybkiego wyjaśnienia swojego stanowiska, kilku minut potrzeba,
aby umieścić na stronie oświadczenie dostępne dla milionów ludzi. Można
ogłosić czas konferencji online, na której wszyscy zainteresowani będą
mogli usłyszeć, jak ich kandydat broni się przed zarzutami lub jakie przedstawia
stanowisko w sprawie budzącej powszechne zainteresowanie. Choć radio może
komunikat przekazać szybciej, to trudno sobie wyobrazić, by był on powtarzany
co chwilę. W Internecie zaś jest dostępny bez przerwy - aż do chwili, gdy
się zdezaktualizuje. Np. na stronie Lecha Wałęsy można zapoznać się ze
skanami 24 dokumentów, składających się na tzw.teczkę"Bolka". Ze względu
na objętość nie zamieściłaby ich żadna gazeta.
Wirtualny sztab wyborczy
Do
zalet Internetu należy też niski koszt dotarcia do wyborcy. Zawiadomienie
stu osób za pomocą e-maili jest o wiele tańsze niż wysłanie tej samej ilości
faksów czy wykonanie tylu telefonów. Bez wątpienia zabiera to też mniej
czasu. Zwiększa to szanse kandydatów niezależnych, nie dysponujących dużym
funduszem i nie mogących liczyć na wsparcie organizacji partyjnych.
Aby
jednak kampanie w Internecie stały się głównym punktem w strategii wyborczej
polityków, znacząca większość ich wyborców musi mieć dostęp do komputera
podłączonego do Sieci. Tymczasem od 3 do 5 milionów Polaków dysponuje taką
możliwością, a sporo z nich to osoby bardzo młode, nie mające jeszcze czynnych
praw wyborczych. "Przed wyborami warto walczyć o każdą grupę społeczną,
ale w polskiej kampanii Internet to sprawa drugorzędna" - uważa profesor
Krzemiński.
Jak to się robi w Ameryce?
Jeśli
zauważy się, że spośród 300 milionów internautów połowa mieszka w USA,
nie zdziwi fakt, że kraj ten stał się prekursorem elektronicznej demokracji.
Amerykańscy
politycy na swoich witrynach - oprócz programu, zdjęć, filmów biograficznych,
przemówień, informacji o możliwości finansowego wsparcia kampanii, oferty
przyłączenia się do wolontariatu - zamieszczają także gadżety, które mają
przyciągnąć surfujących po Sieci, takie jak tapety czy wygaszacze ekranu.
Istotne
wydarzenie w dziejach prowadzenia internetowych kampanii wyborczych miało
miejsce w marcu 1999 roku, gdy Steve Forbes właśnie w Internecie ogłosił
swój start do najwyższego urzędu w Ameryce. Jego kampania wyborcza była
pierwszą, w której Internet odgrywał czołową rolę. I choć Steve Forbes
prezydentem nie został, to jednak wyznaczył styl uprawiania e-polityki.
Internet
potrafił wykorzystać John McCain, startujący w prawyborach Partii Republikańskiej.
Udało mu się w ciągu tygodnia zebrać przez Internet dwa miliony dolarów
na potrzeby kampanii wyborczej. Był to efekt nacisku, jaki w swojej strategii
senator McCain położył na aktywność w Sieci. Stworzył m.in. bazę danych
wolontariuszy, obejmującą ponad 70 tysięcy adresów e-mailowych. Każdy ochotnik
co jakiś czas otrzymywał polecenia ze sztabu, które dotyczyły wzięcia udziału
w wiecu lub przesłania maila do innych osób z informacją o kandydacie.
U nas ten pomysł próbował skopiować sztab Mariana Krzaklewskiego i pod
koniec sierpnia dysponował 800 wolontariuszami.
Jak
ważny dla Amerykanów i ich polityków jest Internet, świadczyć może gafa
Ala Gore'a, który w wywiadzie dla sieci CNN ogłosił się legislacyjnym twórcą
Internetu. Polityczni przeciwnicy kandydata Demokratów mieli duży ubaw.
Choć bowiem istotnie Gore jako wiceprezydent wniósł dużo inicjatyw wspierających
rozwój Pajęczyny, to jednak nie miał on nawet możliwości zostania jego
twórcą, choćby z tego powodu, że globalna Sieć powstała na długo przed
tym, nim Al Gore uzyskał jakikolwiek wpływ na politykę.
Myszką na prezydenta!
Elektroniczna
demokracja nie ogranicza się tylko do walk wyborczych w Sieci. Przyszłością
jest głosowanie za pomocą Internetu. Głosować bez wychodzenia z domu, ba,
bez odrywania się od pracy, poświęcając na całą operację minutę - oto przyszłość
demokracji. Prawie połowa obywateli USA zadeklarowała, że chętnie korzystałaby
z takiej możliwości. Niektórzy z nich mogli już spróbować tej formy aktywności
obywatelskiej.
11
marca tego roku odbyły się w Arizonie prawybory partii demokratycznej.
Wybierający między Alem Gore'em a Billem Bradleyem po raz pierwszy w historii
Ameryki mieli możliwość głosowania za pomocą Internetu. Spośród 86 tysięcy
oddanych głosów niemal 40 tysięcy nadeszło drogą elektroniczną! Tymczasem
cztery lata wcześniej do prawyborów w tym stanie poszło trzy razy mniej
ludzi. Może to rokować, że kiedy głosowanie w Sieci się upowszechni, zwiększy
się frekwencja wyborcza, ponieważ ułatwienie całej procedury zachęci do
głosowania większą ilość osób.
I
rzeczywiście. Przeprowadzone w 1997 roku w stanie Georgia przez Institute
of Technology badania na 11 700 użytkownikach Internetu pokazały, że 63%
badanych bierze udział w wyborach, podczas gdy w całym społeczeństwie amerykańskim
współczynnik ten wynosi zaledwie 40%. Wniosek z tego płynie prosty: użytkownicy
Internetu są bardziej aktywni politycznie. Ponadto 40% ankietowanych przyznało,
że ich zaangażowanie polityczne wzrosło, od kiedy stali się użytkownikami
Internetu. Internetowa kampania polityczna może się wydawać zbytkiem, ale
zaprocentowałaby z pewnością w następnych wyborach. W USA organizacja Youth-e-Vote
promuje wśród młodych internautów aktywność polityczną, m.in. organizując
dla nich próbne wybory online. W Ameryce żaden polityk nie ma wątpliwości:
surfujący po Sieci to wpływowa grupa społeczna.
Cyfrowe głosy
Przeprowadzenie
wyborów za pomocą Internetu ułatwia również zliczanie głosów i tym samym
umożliwia podanie precyzyjnych wyników zaraz po zakończeniu elekcji. W
Arizonie każdy uprawniony do oddania głosu otrzymywał swoje indywidualne
hasło, które zabezpieczało przed wielokrotnym głosowaniem. Transmisja głosu
była kodowana z użyciem 1024-bitowego klucza. Jednocześnie dzięki niemu
nie trzeba było korzystać z konkretnego komputera, na przykład domowego,
ale z dowolnej maszyny podłączonej do Sieci. Zniknął więc problem specjalnych
procedur dla obywateli chcących mieć wpływ na przyszłość swojego kraju,
którzy przebywają akurat na urlopach, w podróżach służbowych czy zagranicznych
wojażach.
Choć
twórcy całego systemu głosowania online twierdzą, że jest on najbezpieczniejszym
systemem internetowym świata, to jednak realną datą wprowadzenia go do
powszechnego użytku w całych Stanach przy normalnych wyborach wydaje się
rok 2008 lub - w optymistycznym wariancie - 2004. Na razie wiadomo tylko,
że mimo licznych prób złamania zabezpieczeń hakerom nie udało się przełamać
środków bezpieczeństwa wyborczych serwerów. Przeciwnicy tego sposobu głosowania
obawiają się też o anonimowość wyborów. Wystarczy ustalić, kto ma jaki
identyfikator i na kogo został oddany głos z tego numeru. A to byłoby złamaniem
podstawowych praw demokracji. W ten sposób, głoszą oponenci elektronicznej
demokracji, e-wybory mogą się zmienić w e-koszmar rodem z Orwella.
W tym
roku w wyścigu do najwyższej funkcji w państwie biorą udział także kandydaci
wirtualni - avatary internetowe. Z Alem Gore'em i Bushem "rywalizuje" Jackie
Strike, a u nas do Pałacu Prezydenckiego wybierała się Wiktoria Cukt. (W
rzeczywistości Cukt to happening Centralnego Urzędu Kultury Technicznej).
Strike reklamuje się jako kandydatka doskonale demokratyczna - o jej poglądach
decydują w głosowaniach internauci. Wiktoria Cukt zapowiada, że gdy wygra,
Polska zmieni się w "państwo, w którym politycy staną się zbędni, a ustrój
demokracji parlamentarnej przeistoczy się w elektroniczną demokrację, gdzie
decyzje podejmuje Wola Narodu".
Wirtualni
kandydaci to oczywiście tylko zabawa, ale prowokuje ona do postawienia
pytania, czy w erze powszechnej, błyskawicznej komunikacji potrzebujemy
jeszcze polityków? Czy elektroniczna demokracja bezpośrednia stworzy społeczeństwu
możliwość, by to ono decydowało w każdej sprawie?
Zdaniem kandydata...Cena komputera
Zwróciliśmy
się do kilku kandydatów na prezydenta RP z pytaniami o to, w jaki sposób
chcą oni przyśpieszyć rozwój polskiego społeczeństwa informacyjnego.
CHIP:
Jedną z głównych przeszkód powszechnego dostępu do komputerów jest ich
wysoka cena.1/4 tej ceny to podatek - 22% VAT i cło. Czy, gdy zostanie
Pan prezydentem, będzie Pan forsował zmniejszenie tych obciążeń?
J.
Korwin-Mikke: Jestem zwolennikiem likwidacji ceł oraz wszystkich podatków
poza podatkiem ryczałtowym od osoby i podatkiem od nieruchomości.
A.
Kwaśniewski: Sądzę, że (...) trzeba będzie się zastanowić nad różnymi
składnikami obecnych cen komputerów. Jest w tej sprawie wiele możliwości,
wiele pomysłów, które z powodzeniem zostały zrealizowane w innych krajach.
A.
Olechowski: Nie. Wszystkie produkty powinny być opodatkowane tym samym
podatkiem. VAT będziemy harmonizować z krajami Unii Europejskiej. Obiecałem
natomiast, że zawetuję każdą próbę podwyższenia dzisiejszego poziomu podatków.
M.
Krzaklewski: Pytanie jest nieco przewrotnie postawione. Spróbujmy zadać
je inaczej: jak wiele osób spośród czytających te słowa nie ma komputera
osobistego w gospodarstwie domowym? Ciekawe, czy pamiętają Państwo, jak
bodaj 13 lat temu "Bajtek" donosił, że komputery zaczynają trafiać "pod
strzechy"? Była to oczywiście gruba przesada. Dziś sytuacja uległa radykalnej
zmianie. Co wcale nie oznacza, że bagatelizujemy temat obniżania podatków.
Ale jest to konieczne nie tylko w tej branży.
Zdaniem kandydata...Koszt dostępu do Internetu
CHIP:
Czy wprowadzi Pan inicjatywy zmierzające do zniesienia uprzywilejowanej
pozycji TP SA, zwiększenia konkurencyjności na rynku dostawców internetowych,
a tym samym obniżenia kosztów dostępu do Sieci?
J.
Korwin-Mikke: To oczywiste, że trzeba zlikwidować monopol państwowy.
Nie przewiduję możliwości kontrolowania przez państwo rynku telekomunikacji.
A.
Kwaśniewski: Niestety, konstytucyjne uprawnienia Prezydenta nie dają
mu możliwości bezpośredniego wpływu na zachowania poszczególnych przedsiębiorstw
(...). Pojawia się jednak wiele inicjatyw, w tym także przedsiębiorstw
telewizji kablowej, które oferują tańszy dostęp do Internetu. Miejmy nadzieję,
że wzrost konkurencji wymusi na dotychczasowym monopoliście zmianę zachowań.
A.
Olechowski: Należy (ustawowo) umożliwić dostawcom Internetu dzierżawę
łączy lokalnych od operatorów telekomunikacyjnych, przede wszystkim od
TP SA. Obniży to znacznie ceny dla korzystających z Internetu za pomocą
"gniazdka telefonicznego" - najpowszechniejszego sposobu dostępu.
M.
Krzaklewski: Nie można traktować poważnie tego, który obieca, że gdy
zostanie prezydentem, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki koszty
te [dostępu do Internetu - przyp. autora] zmaleją. Choć dni monopolu TP
SA są właściwie policzone, to nie jest to przecież jedyny warunek. [...]
Jestem zdania, że głównie znoszenie barier państwowych (likwidacja koncesji)
oraz nowe pomysły na dostarczanie Internetu mogą wywrzeć tak potrzebną,
pozytywną presję na ceny.
Zdaniem kandydata...Edukacja informatyczna w szkole
CHIP:
Ilość komputerów w polskich szkołach, ich nowoczesność, a także przygotowanie
nauczycieli do korzystania na lekcjach z nowoczesnych technologii nadal
pozostawiają wiele do życzenia pomimo takich akcji jak "Internet dla Szkół".
Co zmieni się za Pańskiej prezydentury?
J.
Korwin-Mikke: Protestuję przeciwko formie pytania. Stan przygotowania
szkół pozostaje taki nie mimo tych akcji, tylko wskutek tych akcji. Nie
wierzę w żadne akcje. Muszą być prywatne szkoły i konkurencja między nimi
wymusi, że większość z nich będzie miała komputery i Internet.
A.
Kwaśniewski: Podzielam ocenę zawartą w tym pytaniu. Właśnie z tej przyczyny
w końcu ubiegłego roku zainicjowany został program "Internet w Szkołach
- Projekt Prezydenta RP". Ma on na celu pozyskiwanie pozabudżetowych środków
na tworzenie pracowni komputerowo-internetowych w szkołach (...). W ramach
tego programu utworzonych zostanie w tym roku 30 pracowni, na które składa
się po 10 komputerów (...). Oczywiście te działania nie rozwiążą problemu,
bo wymaga on wielokroć większych (...) nakładów finansowych z budżetu państwa,
zaangażowania instytucji państwowych i samorządowych, a nawet - specyficznej
umowy społecznej. (...) Jeśli tempo komputeryzacji polskich szkół nie zostanie
przyspieszone, to będą one produkowały "analfabetów XXI wieku".
A.
Olechowski: Opóźnienie internetyzacji spowoduje zapóźnienie cywilizacyjne
większe, niż spowodował brak powszechnego dostępu do telefonu. Musimy w
każdej wiejskiej szkole zainstalować co najmniej jeden, dostępny publicznie
i bez ograniczeń, terminal dostępowy. Wszyscy nauczyciele muszą biegle
posługiwać się Internetem i znać możliwości jego zastosowań.
M.
Krzaklewski: Nowa gospodarka daje nam nowe możliwości. Nie wszyscy
w parlamencie to rozumieją. Tu powinno dojść do konsensusu wśród polityków.
Młodzi ludzie dostrzegają swoją szansę i oni jako pierwsi odnajdują się
w tej nowej rzeczywistości. Ufam, że to dzięki nim Polska zaliczać się
będzie wkrótce do grona światowych liderów w tej dziedzinie.