George
Gorton wie, jak się sprzedaje polityków. Siedem lat temu przekonał Rosjan,
by ponownie wybrali alkoholika Borysa Jelcyna. Dziś jest doradcą Arnolda
Schwarzeneggera.
Czy
umiałby pan sprawić, że worek kartofli zostałby wybrany na gubernatora,
jeśli tylko miałby pan dosyć pieniędzy?
George
Gorton: To oczywiste, że pieniądze mają ogromne znaczenie, ale wyborcy
są bystrzejsi, niż się na ogół sądzi. Nie zawsze wybierają najlepszego
kandydata, ale rzadko opowiadają się za kandydatem naprawdę kiepskim.
A
czy Arnold Schwarzenegger wygrałby wybory na gubernatora nawet bez tych
10 milionów dolarów, które zainwestował w swoją kampanię?
Absolutnie
tak. Atutem artysty było ogromne zainteresowanie jego osobą ze strony mediów.
Zwróciło to na niego uwagę opinii publicznej w znacznie większym stopniu
niż spoty reklamowe, jakie nakręciliśmy za jego pieniądze.
Krytycy
zarzucają takim specom od public relations i propagandy jak pan, że zajmują
się już tylko tworzeniem wizerunku, pomijając programy polityczne.
Wyborców
nie interesują tak naprawdę zawiłe problemy polityczne. Nie pragną się
dowiedzieć, co Arnold myśli o wierceniach celem wydobycia ropy w rejonie
Santa Barbara. Moim zadaniem jest wyselekcjonować tych kilka rzeczy, jakie
wyborców naprawdę interesują w osobie kandydata, i spopularyzować go od
tej strony.
Co
konkretnie pan robi?
Na
początku kampanii idę do różnych grup, stanowiących nasz target, czyli
takich, które chcemy pozyskać, i mówię im, aby sporządzili listę wszystkich
tematów stanowiących dla nich problem. Następnie sprawdzam, które z nich
figurują wśród wybranych tematów kampanii wyborczej mojego kandydata i
jego rywali. Potem zamawiam sondaże opinii publicznej, by ustalić, jakie
priorytety zapewnią mojemu kandydatowi większy, a jakie mniejszy sukces.
Na tej podstawie wiem, że np. dla 76 proc. ankietowanych ważne jest stanowisko
mojego kandydata w jakiejś sprawie, a z kolei 74 proc. ankietowanych przykłada
wagę do stanowiska, jakie reprezentuje w innej sprawie jego rywal. Muszę
więc uczynić ze sprawy, ważnej dla 76 proc., centralny temat naszej kampanii,
a zarazem mieć gotową odpowiedź, kiedy przeciwnik poruszy swój temat -
ten, który interesuje 74 proc. wyborców. Moja odpowiedź polega albo na
tym, by go skontrować, albo na tym, by zmusić do zmiany tematu i do wypowiadania
się o naszym problemie, tym, który interesuje 76 proc. ogółu wyborców.
Muszę wyborców przekonać, że moje tematy są dla nich ważniejsze niż tematy
mojego przeciwnika.
I
formuje pan sobie swego klienta, jakby był z gliny?
Nie,
nie robię tego, bo nie wierzę, że to coś da. Jeżeli kandydat nie ma pojęcia
o jakimś lokalnym projekcie z dziedziny gospodarki wodnej, którego poparcie
zyskałoby mu głosy, to mówię mu, że korzystne byłoby, aby opowiedział się
za tym projektem. W tym sensie więc formuję mojego kandydata. Ale nigdy
bym nie powiedział: Słuchaj no, jesteś przeciwko wprowadzeniu kontroli
w handlu bronią. W takich sprawach on musi mieć własne zdanie.
To
co pan zastosował w przypadku Schwarzeneggera?
To
były niezwykłe wybory. Większość kampanii wyborczych w Stanach Zjednoczonych
obraca się wokół konkretnych tematów, z wyjątkiem wyborów prezydenckich
- tam liczy się tylko osobowość. Ale w tych wyborach w Kalifornii również
w grę wchodziła osobowość. Ustaliliśmy to przy pomocy specjalistów, którzy
analizują świadomość wyborców i ich sposób postrzegania. Odkryli oni, że
ludziom było w znacznej mierze wszystko jedno, co który z kandydatów zrobiłby
w danej sprawie. Grunt, żeby w ogóle zrobił cokolwiek.
Schwarzenegger
nie ma żadnego doświadczenia w sferze polityki. Da sobie radę?
Polityczne
doświadczenie to zarazem i zaleta, i balast. Z jednej strony doświadczony
polityk wie, jak powinien działać w określonych sytuacjach. Z drugiej strony
nauczył się także, jak się sprzedać. Wielu ludzi uważa, że politykom zależy
na władzy. Ale tak nie jest. Politykom chodzi o ich ego. W każdej chwili
zrezygnują ze swojej władzy, jeśli pozwoli im to zrobić następny krok na
drodze do kariery. Zanim politycy zajęli swoje stanowiska, prawie nikt
nie śmiał się z ich dowcipów. Potem zostali wybrani - i od tej pory wszyscy
się śmieją. A kiedy pójdą do klubu rotariańskiego, cała sala bije im brawo.
No więc chodzą tam, nawet jeśli w najbliższym czasie nie mają się
odbyć żadne wybory. A kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję, na przykład o
cięciach w świadczeniach socjalnych, mówią, że to by ich kosztowało utratę
stanowiska. Nie korzystają więc z władzy po to, aby przeprowadzać zmiany
- zależy im tylko na tym, aby się sprzedać.
Dlaczego
pan sam nie chciał zostać politykiem?
Chciałem.
Ale byłem zaplątany w sprawę Watergate, wstydziłem się tego i myślałem,
że już nigdy nie będę mógł kandydować na żaden urząd. A kiedy po latach
już mogłem kandydować, doszedłem do wniosku, że tryb życia polityka mi
nie odpowiada. W czwartek ja idę się zabawić, a polityk ma spotkanie np.
w towarzystwie amerykańsko-filipińskim. W sobotę sobie żegluję, a polityk
występuje w kolejnym klubie.
Ile
zarabia taki doradca jak pan?
Dużo,
jeśli jest dobry. Kampania przed wyborami na gubernatora Kalifornii kosztuje
20-30 milionów dolarów, z tego na doradców przypada od trzech do dziewięciu
procent. Jednakże większość doradców politycznych nie zarabia nawet na
życie - podobnie, jak to wygląda wśród aktorów.
Co
pan miał wspólnego z Watergate?
Działałem
w samorządzie studenckim i za pieniądze nakłoniłem pewnego studenta, aby
wkręcił się do pewnej radykalnej organizacji na przeszpiegi. Zapłaciłem
mu swoim własnym czekiem, bo powiedziano mi, że gdyby w oficjalnym bilansie
kosztów pojawiło się jego nazwisko, to jako agentowi groziłoby mu niebezpieczeństwo.
Miałem wtedy 20 lat i robiłem to, co szef mi kazał.
W
1996 r. pomógł pan Borysowi Jelcynowi wygrać wybory prezydenckie. Co amerykański
spec od tworzenia wizerunku może zdziałać w Moskwie?
Miałem
właśnie zamiar wybrać się razem z moim guru na wyspę Bali, aby tam pościć
i medytować, kiedy ktoś zadzwonił i powiedział: Panie Gorton, wiemy o panu
wszystko. Chcemy, aby pan jutro przyleciał do Moskwy. Myślałem, że ktoś
mnie wpuszcza w maliny i udałem się na Bali. Jednakże następnego dnia zadzwonił
do mnie z Moskwy mój partner, z którym razem prowadzę interesy, i powiedział,
że czek dla nas został już przekazany. Kiedy przybyłem do Moskwy, Jelcyn
miał tylko sześć procent poparcia i wyprzedzało go czterech kandydatów.
Czy
w ogóle spotykał się pan z nim?
Ani
razu. Wszystko było załatwiane za pośrednictwem jego córki. Jelcyn miał
wtedy chyba z sześciu rosyjskich doradców, którzy mieli prowadzić jego
kampanię wyborczą. Zwalczali się nawzajem i na zmianę nakłaniali Jelcyna
albo do ustąpienia, albo do odwołania wyborów.
Dopiero
tam na miejscu zrozumieliśmy, że tak naprawdę nie wezwano nas po to, aby
wygrać wybory, tylko po to, aby nakłonić Jelcyna, wielkiego fana Ameryki,
do ustąpienia. Mimo że jego ustąpienie oznaczałoby wówczas wojnę domową.
Wobec
tego jak się pan zabrał do sprzedawania Jelcyna?
Mieliśmy
szczęście, bo nasi komunistyczni przeciwnicy nie byli za dobrzy. Ale Jelcyn
nieustannie atakował innych demokratów. Na początek namówiliśmy go - a
nie było to łatwe - aby atakował raczej komunistów. On się ich bał.
Poza tym jego otoczenie było zdania, że Rosja potrzebuje kogoś takiego
jak car i dlatego Jelcyn pokazywał się tylko z dostojną, ponurą miną. Ale
Rosjanie, tak jak wszyscy, wolą polityków, którzy się uśmiechają - wiedzieliśmy
to z zamówionych sondaży. Powiedzieliśmy więc, że Jelcyn ma się uśmiechać.
I nakłoniliśmy go do wystąpień publicznych.
To
są tacy politycy, którzy nie chcą się pokazywać publicznie?
On
się bał, że zostanie wygwizdany, i nie bez powodu. Wysyłaliśmy więc wcześniej
ekipy, które organizowały życzliwie nastawioną publiczność, zapraszaliśmy
szkolne kapele i w ten sposób tworzyliśmy odpowiednią scenerię z myślą
o reporterach. Przekonaliśmy też Jelcyna, że powinien niestrudzenie powtarzać
swoje hasła. On myślał, że wystarczy raz coś powiedzieć. Kiedy zasadził
drzewko, nasz analityk nastrojów powiedział, że zostało to dobrze przyjęte.
Jelcyn potraktował to bardzo poważnie i od tej pory ciągle sadził drzewka
- w sumie podczas tej kampanii posadził ich setki.
A
jak zatuszował pan jego problem alkoholowy?
W
Rosji to nie było konieczne. Ludzie wyzywali go od bydlaków i sukinsynów,
ale kiedy rozmowa schodziła na alkohol, stawali się bardzo troskliwi.
I
chciało się panu tak pracować dla człowieka, którego pan uważał za marnego
polityka?
Jelcyn
był pewnie kiepski. Ale jego komunistyczny przeciwnik Giennadij Ziuganow
to antysemicki, seksistowski rasista, człowiek z epoki zimnej wojny. To
była walka między kiepskim a naprawdę złym. W takiej sytuacji człowiek
wybiera mniejsze zło.
Czy
w Rosji urabianie opinii publicznej funkcjonuje tak samo jak w USA?
Nie.
Zresztą również w Kalifornii w 1996 r. urabiało się opinię inaczej niż
w Kansas w 1998 roku. Einstein powiedział, że nie ma osobno czasu i miejsca
- jest tylko łącznie czas i miejsce. Gdybyśmy mieli w Kalifornii takie
warunki, jak za czasów Clintona, to może wygrałby kandydat subtelniejszy
od Schwarzeneggera.
Który
z pańskich klientów był najbardziej samowolny?
Bez
wątpienia właśnie Arnold. Byłem szefem jego doradców, a mimo to dowiedziałem
się, że chce kandydować dopiero wtedy, jak odpowiadał na pytania podczas
talk-show u Jaya Leno. A czy ja bym mu doradzał, aby powiedział u Oprah
Winfrey, że podnoszenie ciężarów kręci go bardziej niż pieprzenie? Pieprzenie!
Nigdy! Czegoś takiego nie mówi się w telewizji. Ale ludziom to się widocznie
podobało.
Co
pan robi, aby się nie stać politycznym cynikiem?
Tego
się nie da uniknąć. Zbyt wielu jest polityków, którzy powinni zająć się
raczej czymś innym. Dzisiaj wartościowi ludzie odżegnują się od polityki.
Mówią: ja mam w to wchodzić? Za jakie grzechy? Kto więc zostaje? Polityczni
doradcy. Zdziwiłby się pan, gdyby wiedział, ilu byłych doradców zasiada
dziś w Kongresie. Ja ich nie krytykuję, sam jestem przecież jednym z nich.
Ale znam ich. Im chodzi o wygraną w grze, a nie o wartości. Większości
ludzi, którzy zasiadają w Kongresie, nie zatrudniłbym w mojej firmie.
George
Gorton (lat 56) był doradcą Richarda Nixona, Ronalda Reagana, Borysa
Jelcyna i byłego gubernatora Kalifornii Pete Wilsona. Od roku pracuje dla
Arnolda Schwarzeneggera, który wygrał niedawno wybory na gubernatora Kalifornii.
Gorton mieszka wraz z żoną w byłej hipisowskiej kolonii Topanga nieopodal
Los Angeles.
W
Rosji jesienią 2003 roku wszedł na ekrany cieszący się dużym powodzeniem
film o kampanii wyborczej Jelcyna Spinning Boris (w ub. roku film pokazała
też polska telewizja).