Marketing
polityczny podobno staje się modny. Jeżeli tak, to bardzo dobrze. Powinniśmy
być z tego - jako obywatele i wyborcy - bardzo zadowoleni. Dlaczego? Ano
dlatego, że marketing - wszelaki, w tym także polityczny - stawia nas (konsumentów,
kupujących, usługobiorców, a wreszcie elektorat) na piedestale. W zamierzchłych
czasach, kiedy nie było marketingu (a przecież niektórzy z nas jeszcze
jednak pamiętają te czasy) konsument byt najmniej ważny Podobnie wyborca.
W epoce przedmarketingowej liczył się producent - pan życia i śmierci.
Jeżeli zaplanował, a potem zrealizował, produkcję choćby i samych lewych
butów, tak miało być. l tak się wszystkie rozeszły w mgnieniu oka. Potrzeby,
wymagania, gust kupującego wreszcie, nikogo nie interesowały. Ba, sam kupujący
już o tych swoich potrzebach i gustach zapominał, a skupiony byt tylko
na tym, "czy rzucili?", "czy dowieźli cokolwiek?". Taka sytuacja dawała
może jeszcze pewną ograniczoną władzę sprzedawcy. On miał niewielki margines
decyzji, co i kiedy położyć na ladę, a także co i komu sprzedać spod lady
itd., itp. Jednak zdecydowanie najważniejszy byt producent. Dotyczyło to
zarówno sfery produkcji, jak i usług.
Dotyczyło
więc także "obiegu politycznego". Panowie Politycy bezgłośnie, ale dobitnie,
komunikowali nam: "Nic nas nie obchodzą twoje potrzeby,
preferencje,
poglądy czy gusta. Z przygiętym do ziemi karkiem pokornego bydlęcia idź
"głosować", a potem won!, z powrotem do zagrody".
Niektórym
to może i nie przeszkadzało, jednak innym i owszem. Koniec końców pojawił
się ten dziwny twór: "market", czyli "rynek". Pojawił się też - jak to
na markecie - marketing. Niby nic, a jednak przewrót kopernikański! Nagle
okazało się, że może być i tak dziwnie na świecie, że to nie Pan Producent
odbiera hołdy od wszystkich, ale że to on właśnie musi sam skakać - a nawet
nadskakiwać! - i to nie tyle Sprzedawcy, co Kupującemu! Mnie - Panu Konsumentowi!
A jak się już raz zaczęto, to - jak pożar - objęto niemal wszystko.
Politykę
też. W ten sposób ja - Pan Konsument - okazałem się również Panem Wyborcą.
No właśnie... Oto i skrócona historyjka genealogiczna o marketingu, czyli
sztuce dawania sobie rady "na markecie" (często to niezłe rodeo!).
Dotyczy
to wszystkich, którzy maję tam jakiś swój interes. Głównie to producent
i sprzedawca. To oni często w pocie czoła zgłębiają arkana marketingu,
żebym byt łaskaw moje pieniądze wydać u nich, a nie u konkurencji. Teraz
to dotyczy i mojego głosu w wyborach.
Jednak,
żeby nie spotkać się z zarzutem tworzenia dalekiej od rzeczywistości sielanki,
warto poczynić pewne zastrzeżenia. Jako konsument jestem potrzebny tak
producentowi, jak i sprzedającemu. Jako wyborca jestem potrzebny politykowi.
Zgoda. Pamiętajmy jednak, ze nikt nie będzie się nam kłaniał, wysilał i
ograniczał "po dobroci".
Producent,
gdyby tylko mógł, zostałby monopolistą - panem rynku. Polityk chętnie sprowadziłby
wybory do rytuału z urną, bo "sam wie lepiej".
Jednak
ani jeden, ani drugi, nie mogą sobie na to pozwolić (choć politykowi zdecydowanie
częściej udaje się mnie ograć). l producent, i polityk muszą się liczyć
z Panem Konsumentem i Panem Wyborcą. Wszyscy oni muszą - chcą - na mnie
oddziaływać, wpływać na moje wybory, chcąc zaspokoić swoje interesy.
O
ile jednak w przypadku "normalnych" towarów i usług weryfikacja moich wyborów
konsumenckich jest dość prosta - a co najważniejsze: szybko powtarzalna
- o tyle sytuacja decyzyjna na poletku marketingu politycznego jest jednak
zdecydowanie bardziej zawikłana. Po pierwsze "towar" czy "usługi" oferowane
nam przez polityka mają bardzo specyficzny charakter. Po części to jest
ten cały chaotyczny chłam (w terminologii marketingowej - mix!) oferowany
w trakcie wyborów (obietnice, wizerunek, emocje, program, cukiereczki,
kiełbasa, tradycje itp. itd.), a po części to, co robią wybrani politycy
w trakcie swojej kadencji (tworzenie ustaw, administracja i rządzenie,
dobór kadr, spotkania itd. itp.). Ale są i takie elementy tych politycznych
"produktów", które nie wiążą się bezpośrednio ani z kampanią wyborczą,
ani z realnymi dokonaniami w trakcie kadencji. To są te elementy "długiego
trwania" - tradycje ideowe, religijne, narodowe, przynależność do grup
społecznych, przyzwyczajenia, style życia, obyczaje. Tak więc "transakcja
polityczna" to skomplikowane zagadnienie. Krótko mówiąc jest coś
"jakby sprzedający" (= polityk), jest ktoś "jakby kupujący" (= wyborca),
ale tak naprawdę nie wiadomo, co dokładnie jest sprzedawane i kupowane.
Skoro
tak, to może jest nieporozumieniem zestawianie sytuacji politycznej z normalnym
rynkiem towarów czy usług. Otóż nie! Sprawdzono to praktycznie. Wielokrotnie!
Tu i tam działają bardzo podobne mechanizmy Tu i tam sprawdza się całkiem
nieźle wiele żelaznych marketingowych zasad i przykazań. Musi być więc
jednak spore podobieństwo. A że nie wszystko jeszcze potrafimy dokładnie
nazwać i objaśnić, to już inna sprawa. To nie pierwsza czarna skrzynka.
Po pierwsze: poznać wyborcę!
Podstawa
nowoczesnego marketingu to badania rynkowe. Nie inaczej jest z marketingiem
politycznym. Poznanie elektoratu to sprawa zupełnie zasadnicza. Powiedzmy
od razu, że nie sprowadza się to tylko do ilościowego badania preferencji
wyborczych i przewidywania, kto na kogo
zagłosuje.
Owe rosnące i opadają słupki poparcia dla poszczególnych partii są - owszem
- źródłem emocji, radości i zgryzoty dla polityków. Czasami
nawet
wzniecają grzmiące głosy krytyki i zarzuty z ich strony o rzekomej nierzetelności
badań. Tym niemniej takie badania preferencji to tylko drobny wycinek tego,
o co tak naprawdę chodzi w badaniach marketingowych. Bo elektorat poznać
warto i poznaje się dużo, dużo szczegółowiej. Jak? Współczesna socjologia
i psychologia oraz nauki pokrewne współpracują z marketingiem od dawna.
Wspólnie wypracowały bardzo wyrafinowane metody i narzędzia badawcze. A
interesujące dla "przebiegłych" marketingowców może być i jest dosłownie
wszystko. Tak jest w zakresie towarów i usług, tak samo w przypadku transakcji
politycznej.
Po drugie: do kogo warto się zwracać!
Podstawowy
praktyczny wniosek wynikający z wielorakich, dogłębnych badań elektoratu
jest taki: ludzie są różni. To na pozór banalne stwierdzenie rodzi jednak
ważne skutki.
Pierwsze
doniosłe wskazanie to: nawet nie próbować mówić naraz do wszystkich tak
samo. Zróżnicowanie przekazu w zależności od grupy, do której jest adresowany,
to marketingowe przedszkole.
Drugie
wskazanie jest takie: nie do wszystkich warto mówić. Należy bardzo dbać
o ekonomię naszych wysiłków. Nie warto mówić do tych, których nie ma szans
przekonać. Nie warto też za dużo energii wkładać w mówienie tylko do "Swoich",
czyli tych, którzy i tak są przekonani i wierni.
Tak
więc istotą sprawy jest odnalezienie tych grup wyborców, których przekonanie
do siebie w ogóle wchodzić w grę, w których warto "inwestować" marketingowe
wysiłki.
Po
trzecie - mówić jasno a najlepiej obrazem! Wiemy już, że mówić trzeba w
sposób zróżnicowany "dedykowany" (modne słowo m. in. z żargonu komputerowego)
danej grupie wyborców.
Są
Jednak pewne reguły generalne, jak mówić. Absolutnie podstawowa jest jasność,
klarowność wypowiedzi. Wypowiedzi mętne, chaotyczne, niejasne czy bełkotliwe
mogą być skuteczne co najwyżej chwilowo. Mogą,, tworzyć nastrój", podniecać
emocje, ale rzadko przysporzą trwałych wyborców. Z postulatu jasność wynika
bezpośrednio postulat pokrewny: obrazowość. Warto mówić obrazowo. A jeszcze
lepiej po prostu - gdzie się tylko da - używać mniej słów, a więcej obrazów:
zdjęć, filmów, ilustracji graficznych itd.
Fundamentalne przesłanie: powtarzać, powtarzać, powtarzać...
Nie
wystarcza jednak powiedzieć coś jasno i obrazowo raz. Dopiero wielokrotne
powtarzanie naszego przesłania daje szansę dotarcia do odbiorcy. Dlaczego?
Dlatego, że znakomita większość potencjalnych odbiorców ogląda nas tylko
kątem oka, tylko w przelocie, i to robiąc jednocześnie sto innych rzeczy
i myśląc jednocześnie o stu innych sprawach. Dotrzeć do nich ma szansę
tylko szczypta z naszego przesłania. Dopiero wielokrotne powtórki mogą
z tego złożyć jakąś sensowną całość. Nie świadczy to może najlepiej o nas,
jako odbiorcach, jest mato pochlebne zwłaszcza dla telewidzów, ale zdecydowanie
prawdziwe. Tak więc: powtarzać, powtarzać, powtarzać. A skoro tak, to wybrać
do powtarzania
tylko
to, co najistotniejsze!
Wszystkie narzędzia dozwolone.
Kiedy
już wiemy do kogo i jak mówić, czas porozmawiać o narzędziach. Zestaw jest
niezwykle bogaty: reklama, piar, (dla smakoszy: także czarny
piar)
marketing bezpośredni, marketing szeptany. Oj, dużo tego!
W
dziejach marketingu reklama miała zawsze miejsce uprzywilejowane. Reklama
prasowa, reklama zewnętrzna (wszelkie te wielkie plakaty itp.),
wreszcie
reklama radiowa i telewizyjna - czasami postrzegane są niemal jako synonim
marketingu.
Jakby
niczego innego w tym wielkim worze z napisem marketing znaleźć się nie
dato. To nie przypadek. Oddziaływanie reklamy zwłaszcza adresowanej do
masowego odbiorcy poprzez telewizję było i jest niezwykle silne. W przypadku
marketingu politycznego niektórzy kojarzą Jego powstanie właśnie z narodzinami
środków masowego przekazu w połowie XX wieku. Wygłosiwszy powyżej pochwałę
reklamy, co - skądinąd - nie wymaga wielkiej oryginalności i kreatywności
(słowo klucz w języku marketingowym), trzeba też uczciwie powiedzieć, ze
żyjemy w czasach, kiedy w poważnych opracowaniach głosi się zmierzch reklamy,
a wzrost public relations. Po pierwsze: dochodzi do pewnego znieczulenia
i przesytu reklame w społeczeństwach najbardziej rozwiniętych.
Po
drugie: rynek reklamy masowej staje się - o paradoksie - niezwykle drogi.
Po trzecie wreszcie: piar, czekający dotąd skromniej z boku, zaczyna
zdecydowanie
wysuwać się na środek sceny Czy dotyczy to także marketingu politycznego?
Owszem,
nawet bardzo. PR to dla marketingu politycznego narzędzie zupełnie podstawowe.
Czym tak na prawdę jest piar? Tworzeniem reputacji, kształtowaniem wizerunku,
zarządzeniem sprawną komunikacją, wchodzeniem w media bez kupowania czasu
czy powierzchni reklamowej,
organizowaniem
wydarzeń, umiejętnym rozgrywaniem sytuacji kryzysowych... Tak! Tym wszystkim,
a jeszcze i tuzinem innych aspektów.
Reklama
i PR to dwie główne domeny marketingu - także politycznego. Jednak nowoczesne
technologie często idą w poprzek dotychczasowych
podziałów.
Tak jest na przykład z całym skomplikowanym światem technologii, który
określamy jedną etykietka internet. Internet (zwłaszcza umiejętnie stosowany,
nie polegający tylko na wstawianiu literki "e" przed każde słowo!) zdecydowanie
zmienia klasyczne podziały na reklamę i PR.
Finansowanie/organizacja/logistyka, głupku!
W kampanii
marketingowej, zwłaszcza politycznej, trzeba też sobie dać radę i z problemami
na pozór zewnętrznymi. Podstawowa kwestia to finanse. Każda (choćby niewielka)
kampania w ramach wyborów samorządowych, wymaga niemałych kosztów. Umiejętne
zaplanowanie wy-
datków,
zorganizowanie jej finansowania (zbiórek publicznych itp.), to nie tylko
sposób na zapewnienie realizacji budżetu, ale też sposób na włączanie aktywności
szerokich kręgów. Kto zainwestował w jakąś sprawę choćby złotówkę, czuje
się z nią już emocjonalnie związany.
Drugi
poważny problem to ludzie. Jeśli nawet mielibyśmy środki finansowe na wynajęcie
prawie całego personelu, wolontariusze pracujący nie dla
pieniędzy
a z przekonania, są bezcenni. Jednak trzeba umieć zarządzać tą grupą ludzi,
umieć ich wykorzystać. Wreszcie istotny problem to czas. Wielu poległo
na skutek złego zaplanowania kampanii, niedostatecznego pilnowania terminów,
złego rozłożenia akcentów w czasie przedwyborczym itd.
Określiliśmy
marketing polityczny jako sztukę wygrywania wyborów. Skoro jest to sztuka,
to liczy się i talent, i pracowitość. Sztuka - dodajmy - z wybitnie zbiorowym
udziałem, jak na przykład opera, czy przemysł filmowy. Na ostateczny efekt
i sukces składa się wiele przeróżnych czynników:
scenariusz,
pomysły reżysera, trafnie dobrana muzyka, efekty specjalne, casting, osobowości
głównych aktorów, rzesze statystów, zdolni montażyści, tabuny służb technicznych,
a wreszcie skuteczna promocja i dystrybucja filmu.
A
teraz życzę Państwu przyjemnych wyborów tym, którzy będą wybierali i tym,
którzy będą wybierani.
Krzysztof
Górski